Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Opowiadania. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Opowiadania. Pokaż wszystkie posty

piątek, 29 marca 2013

"Zamazana historia" rozdz. VII


VII

     Wyszłam z łazienki po około 10 min. Radek siedział na kanapie w dużym pokoju. Miał na sobie czarną bluzę z kapturem i jeansy. Wyglądał jak zawsze fajnie. Miał krótko ścięte włosy i był blondynem. Ja zaś byłam w samym ręczniku, nie zdążyłam się ubrać, chciałam wiedzieć, w jakiej sprawie przyszedł.
-A więc, co Cię tu sprowadza?
-Wiesz…długo się nie widzieliśmy, pomyślałem, że fajnie by było się zobaczyć.- Jak z zwykle z uśmiechem na twarzy wypowiadał słowa.
-Nie miałam czasu, nie pamiętam już nawet, co robiłam tydzień temu. Tyle teraz się dzieje. Miło, że…
-O kurwa, co to!?- Krzyknął wpatrując się w okno jednocześnie mi przerywając. Nagle usłyszałam jakiś hałas, to z zewnątrz. Jakby ktoś zrzucił jakąś ciężką rzecz.
Podeszliśmy do okna i wychyliliśmy się. Na dole leżała kobieta w plamie krwi. Wypadła z okna? Nie, to przecież niemożliwe. Tak przypatrując się dokładniej spostrzegłam, że to moja sąsiadka.
-Dzwoń po karetkę, może jeszcze żyje!- Krzyczałam.
On jakby zahipnotyzowany patrzał dalej w dół.
-Radek!- Kopnęłam go lekko w nogę.- Ocknął się.
Zauważyłam w jego oczach trwogę. Wykręcił numer na pogotowie, ja w tym czasie zadzwoniłam po policję, chociaż miałam ich pod ręką. Zanim się zjawili ubrałam się w pośpiechu. Minęło 5 min. a na dole zjawili się funkcjonariusze i ratownicy. Wokół zebrało się pełno ludzi, słychać było rozmowy i panikę. Ktoś płakał, najwyraźniej wezwano bliską osobę. Miejsce tego wypadku obwiązano czarno żółtą taśmą. Jak dało się wywnioskować kobieta nie przeżyła upadku. W końcu wypadała z 6 piętra. To wysoko, może nie cholernie, ale już kilkanaście metrów do ziemi jest. Dziwiło mnie tylko dlaczego wypadła z okna. Przez przypadek czy to morderstwo? Zastanawiałam się. Było okropne patrzeć na nią we krwi. Ona nie żyła, widziałam pierwszy raz śmierć człowieka. Cholera, za dużo jak dla mnie, czy nie mogę zasnąć i przeczekać tego wszystkiego? Obudzić się jak wszystko się ułoży a ja będę spokojna i wszystko wokół!? Po chuj, nic nie jest tak jak człowiek chce, więc czego się spodziewałam!

piątek, 26 października 2012

"Zamazana historia" rozdz. VI


VI

     Następnego dnia była już ładniejsza pogoda, ale nie wyspałam się mimo tego, że czuwali nade mną funkcjonariusze. Nic nie dawało mi spać. Wydarzenia poprzednich nocy majaczyły mi non stop w głowie, nie sposób się od nich odpędzić. Myślałam, jak detektyw. Co by tu zrobić żeby pozbyć się problemu, rozwiązać zagadkę? Wypiłam kawę przy stoliku, potrzebna była mi duża dawka mocnej kawy. Bez tego odbyć się nie dało. O tak, to postawiło mnie na nogi. Zaczęłam myśleć normalnie, a ciało zaczęło współgrać z umysłem. Nie byłam już taka wykończona. Tak myślałam, co zrobię, gdy ta cała popaćkana sprawa się skończy, ale z zadumy wyrwał mnie głos:
-Spotkasz się jutro z Twoim dawnym druhem.- Powiedział jeden z mundurowych.
-Gdzie odbędzie się spotkanie?- Spytałam.
-W jakimś tłocznym miejscu, wtedy będziemy wiedzieli, że on nie posunie się do żadnych poważnych ruchów.
-Dobrze.
-Aa… hmm… dobrze już nic.- Jakby chciał coś jeszcze powiedzieć, lecz coś mu nie pozwoliło. Wpatrywał się chwilę w ścianę i odszedł.
-Co go tak zaciekawiło w tej ścianie?- Myślałam, spoglądając na nią zza ramienia. Zwykła ściana jakich dużo. Nic szczególnego, nie dziwiłabym się gdyby mundurowy patrzał na plakat gwiazdy porno, ale żadnego tam nie było. Więc, co? Mniejsza z tym, co za banały, jeszcze sobie je do głowy przytaczam, jakbym nie miała o czym myśleć!
      Za zgodą policjantów poszłam do mieszkania, oczywiście nie odbyło się bez obstawy. Wyglądali jak zwykli cywile, więc nie przyciągali uwagi, a ja mogłam spokojnie kroczyć po ulicach. Ulica Chopina, potem jeszcze Aleje Wyzwolenia, w końcu moja ulica, Długa. Weszłam do budynku, z zewnątrz widniały na jego murach graffiti. Jakieś bazgroły, nic ciekawego. Zagłębiłam się do środka i weszłam po schodach. Na drzwiach miałam skrzynkę na listy, więc zajrzałam do niej. Biała koperta przykuła mój wzrok. Leżała swobodnie pośród ulotek. Wyciągnęłam wszystko i weszłam do mieszkania. Funkcjonariusze zostali na zewnątrz upewniając się wcześniej, że nic mi nie grozi. W kopercie była kartka, wyjęłam ją. Było coś tam napisane, a dokładniej wyklejone z liter. „Nie rób żadnych pochopnych ruchów”, przeczytałam. Nie wiedziałam, o co chodzi. Usiadłam na kanapie i rozmyślałam. -Nie, myśleć tak i myśleć? Po co, idę wziąć prysznic.- Zasugerowałam sobie w myślach. Wyjęłam z szafki ręcznik i czyste ubrania. Poszłam do łazienki i zamknęłam drzwi. Włączyłam muzykę, stacja jak zawsze grała dobre kawałki. Przynajmniej się odprężę. Woda leciała i spływała po mym ciele. Słyszałam muzykę i strumienie gorącej wody. Nie wiedziałam, że ktoś stoi za kabiną. Nie minęło dużo czasu odkąd poszłam pod prysznic, może z 10 min. Odwróciłam się żeby sięgnąć po mydło i zobaczyłam jakąś postać za szybą. Przestraszyłam się i nagle podskoczyłam.
-Ups, przepraszam Cię.- Usłyszałam głos. Zorientowałam się, że to Radek, mój dobry kolega.
-Co Ty tu robisz?- Odrzekłam zakrywając rękoma miejsca intymne mimo tego, że dzieliła nas kabina.
-Pomyślałem, że Cię odwiedzę. Wszedłem na górę i zobaczyłem otwarte drzwi, więc zajrzałem do środka.
-Ahh… ok, poczekaj chwilę, zaraz wyjdę.

wtorek, 11 września 2012

"Zamazana historia" rozdz. V


V

       Nie wiedziałam, co miałam w teczce, którą nosiłam przy sobie cały czas od tamtej chwili. Ale nie zaglądałam do niej, policjanci „odziedziczyli” ją po mnie. Dowiedzieli się kilku cennych informacji. Działali w tej sprawie. Byłam z tego zadowolona.
      Padał deszcz, staliśmy koło radiowozu. Chmury roztaczały się po całym niebie, znowu robiło się ciemno. Było spokojnie a razem wyczuć można było napiętą atmosferę. Widziałam z oddala jeszcze jeden radiowóz i kilku policjantów. Deszcz w niczym im nie przeszkadzał. W porównaniu do prawdziwych zbrodniarzy był zerem. W powietrzu unosiły się smugi deszczu, na ulicach robiło się coraz więcej wody, ale spływała ona do kanałów. Byłam przemoknięta, ale nie weszłam do radiowozu. Chciałam wiedzieć, co się dzieje. Wokół mnie były budynki, a my staliśmy na ulicy. Po prawej stronie była inna aleja. Rosły tu też gdzieniegdzie pojedyncze drzewa. Rozpościerały się na kilka metrów w szerz. Nie było tu brzydko. Niedaleko jak sobie przypominam stał kościół.
      Wracając do dh, puścili go wolno, pewnie go będą obserwować. Ja czułam się spokojnie w towarzystwie otaczających mnie policjantów, nie czułam się zagrożona.
-On chce się z nią spotkać.- Usłyszałam jakąś rozmowę.
-Nie możemy pozwolić. Nie wiadomo, co szykuje.- Opowiedział drugi głos.
-Jest spokojny, nie wydaje się na kogoś kto mógłby nam zagrażać. Zresztą musimy stwarzać pozory, że wszystko jest dobrze. Ona się z nim spotka a my będziemy ich ciągle obserwować.- Przekonywał pierwszy głos.
-No dobrze. Masz rację, ale wszystko musi być dopięte na ostatni guzik. Nie możemy sobie pozwolić na błąd. To nie są pieniądze, to jest życie, pamiętaj.
-W razie czego dziewczyna założy kamizelkę kuloodporną. Jesteśmy perfekcjonalistami, nic się złego nie wydarzy.- Ostatnie zdanie powiedział inaczej, pogrubiając swój głos i wytężając dźwięki.
-Dobry wieczór.- Włączył się trzeci głos.
-Dobry wieczór.- Odpowiedział drugi.
-Co Ty tu robisz?!- Z wyrzutami prosto do przybyłej osoby. W głosie czuć było bez wątpienia niechęć.
-Chcę wam pomóc. Mam kilka wskazówek dotyczących sprawy.
-Nie jest nam potrzeba Twoja pomoc.
-Przestań.- Wtrąca się drugi głos. Dwie osoby odchodzą na chwilę, pozostawiając przybyłą osobę z tyłu.
-Co Ty robisz!?- Zamierza się na umoralnianie pierwszy policjant.
-Potrzebna będzie nam pomoc.
-Nie, poradzimy sobie sami, mamy wystarczająco dobrych ludzi.
-Ona ma informacje, zresztą nie zapominaj, że pracuje w tym zawodzie dłużej niż Ty.
Nastąpiła chwila ciszy.
-Dobrze, więc powiedz jej, że zgadzamy się na współpracę.
Stałam koło wozu, gdy rozmowa się odbywała. Słyszałam całą, co do szczegółów. Nie byłam pewna kim była ta kobieta, ale wydaje się mądra. Myślę, że była to pani detektyw.

środa, 29 sierpnia 2012

"Zamazana historia" rozdz. IV


Nie wiem, co mam pisać, a nic wartego większej uwagi się nie zdarzyło. Noo, jedna rzecz, byłam na koncercie Bednarka a mianowicie były to Dożynki w Kątach Wrocławskich. Jak dla mnie było nijak, ale to dla mnie. Mojemu chłopakowi podobało się hehe. Czytajcie kolejny rozdział mojej opowieści. Ten jest jeszcze krótszy heh. Miłego dnia :)


IV

        Już wiedziałam, że chce sprawdzić moje czoło w poszukiwaniu podwyższonej temperatury. Zgodziłam się. Przyłożył subtelnie dłoń na moim czole. Chwilę tak trwaliśmy i w końcu odsunął rękę. Powiedział, że mam podwyższoną temperaturę, ale nie umiał wskazać o ile. Dlaczego był taki troskliwy? Pewnie chciał zatuszować i omylić policjanta, wyglądając na miłego, troskliwego mężczyznę. Sama sobie odpowiedziałam na pytanie. Jednak jego zachowanie było miłe. Salowa podała mi termometr. Skorzystałam z niego. Długo nie trwało i termometr zapikał. Wyjęłam go z ust i podałam pielęgniarce. Ona powiedziała, że mam temperaturę 38,2.
      Chciałam jeszcze powiedzieć, że boli mnie głowa, ale powstrzymałam się. Spoglądnęłam na policjanta, miał on dziwną minę, jakby wszystko wiedział. Zobaczył, że mam schowany nóż. Właśnie, nóż! Przecież mam nóż.
-Po co Ci ta rzecz?- Spytał bardzo łagodnym głosem wskazując wzrokiem na owy przedmiot.
Nic nie odpowiedziałam, nie wiedziałam, co. Chwila ciszy, aż w końcu coś wyjęknęłam.
-Do obrony.
-Do obrony?- Zdziwił się, lecz był spokojny.
-Tak, ktoś chciał mnie zabić.- Wydusiłam to z siebie. Byłam spokojna a jednocześnie nie. Siedziałam z osobą, która czyni dobro i zwalcza przestępczość, a z drugiej strony byłam w obecności również osoby, która pragnęła mej śmierci. Co tu myśleć? Czyż nie najrozsądniej byłoby w takiej sytuacji oszaleć?

niedziela, 26 sierpnia 2012

"Zamazana historia" rozdz. III


III


Drzwi się pomału otworzyły, przygotowałam się do spotkania z nim. Jeszcze trochę i go zobaczę. Jest, ale kurwa, co jest? To nie on. Uspokoiłam się, ale tak naprawdę wierzyłam, że spotkam go, mojego niedoszłego zabójcę. W głębi nastąpiła ulga, czułam ją w mięśniach, rozluźniły się. Nieznajoma osoba weszła bliżej i spostrzegłam, że to moja młodsza siostra, ona również zobaczyła, że siedzę za komodą. Była na leczeniu skóry, a mianowicie skazy białkowej i nie dziwiło mnie to nazbyt, że ją tu spotkałam. Zaczęła normalnym tonem głosu:
-Co Ty tu robisz?- Z wyraźną niechęcią i złością.
-Ciszej bądź.- Krzyknęłabym, ale nie mogłam, on mógł mnie usłyszeć.
-Po co? Co tu robisz?- Odwarknęła.
-No cicho bądź. Jest tu osoba, która chce mnie zabić.- Syknęłam.
Siostra najwyraźniej myśląc, że robię sobie z niej żarty odeszła nic nie mówiąc.
-No ładnie.- Pomyślałam. –Co, teraz to ja jestem wariatką, chowającą się w ośrodku zdrowia!?- Myślałam tak chwilę, lecz doszłam do wniosku, że muszę się wynieść z tego pomieszczenia. Poszłam dalej. Przez kolejne drzwi. To sala dla dzieci, leżały tam mniej więcej w wieku 7-12 lat. Przy jednym łóżku siedziała matka zapatrzona w swoje dziecko. Nawet nie spostrzegła, że ktoś otworzył drzwi. Zamknęłam je po cichu i udałam się do następnych. Pusto. Idę dalej, napotkałam uchylone drzwi, było za nimi jaśniej, najwyraźniej paliło się tam światło. Powoli je odepchnęłam ręką i zobaczyłam siostrą położną. W popłochu na wytłumaczenie, że tu jestem powiedziałam:
-Szukam oddziału dla dzieci. Źle się czuję.
-Chodź za mną.- Odpowiedziała cichym, lecz łagodnym tonem.
Gdy odeszła z miejsca, w którym stała zobaczyłam mężczyznę, był to policjant? Tak, raczej tak. Nie przyglądnęłam mu się dokładnie, bo musiałam iść za pielęgniarką. –Co tu do cholery robi policjant?- Pytałam się w myślach. Całą drogę zastanawiałam się nad wszystkim. W końcu dotarliśmy do pokoju, w którym mięli mnie zbadać, ale o dziwo, że nie rano. Wchodząc zobaczyłam policjanta siedzącego przy stoliku a przy nim… O nie! To niemożliwe. Po tym chytrym uśmiechu wiedziałam, że mój były dh drużynowy jest zamieszany w dokonanie mojego morderstwa. Wiedziałam, że on też chce mnie zabić. Był brunetem z lekko dłuższymi włosami. Nie zgolił się, miał zarost, tak często jest, chyba nie miał czasu. –No tak, przecież planował jakby to mnie wykluczyć!- Myślałam. Miał polar i długie czarne spodnie. –Co tu jest grane?!- Krzyczałam w myślach.  Zachowałam jednak spokój. Pielęgniarka wskazała mi miejsce naprzeciwko mężczyzn. Usiadłam i wpatrywałam się w druha. Był jednak w miarę pociągający, miał niecałe 23 lata. Zrobił zdziwioną minę na mój widok, czyż tak źle wyglądałam? Podniósł rękę, nie wiedziałam, co chciał zrobić. Skierował ją w moją stronę. Zaśmiał się delikatnie i powiedział:
-Daj.

sobota, 18 sierpnia 2012

"Zamazana historia", rozdz. II

Ok, teraz wreszcie drugi rozdział mojej opowieści, zachęcam do czytania ;) czekajcie na resztę wydarzeń.




II

       Było już ciemniej, nie wiedziałam ile to mogło potrwać, ale długo się nie zastanawiałam. Podniosłam teczkę z ziemi i uciekłam przed siebie, nawet się nie oglądałam. Zrodziła się we mnie uciecha z tego, że mogę złapać świeżego powietrza, chociaż mimo biegu było mi coraz ciężej, w mej głowie i tak tkwiła niespełna radość. Nie zabraknęło też strachu i zwątpienia. Wiedziałam, że osoba, która chciała mnie zabić czyha gdzieś niedaleko i tylko węszy, by mnie znaleźć i dokonać nieudanego wcześniej czynu. Tak uciekając przez wąskie uliczki i te większe natrafiłam na ośrodek zdrowia. Był to budynek duży, z grubymi ścianami. Sięgał bowiem czasów I wojny światowej. Odremontowali go wewnątrz, lecz od strony zewnętrznej nadal wyglądał staro. Był szary jak inne budynki, ale on miał jeszcze szpiczaste zakończenia. Postanowiłam się tam ukryć. Otworzyłam drzwi i ukazało mi się pomieszczenie, zwyczajne, jak w przychodni, tyle, że było tam popielato. Światła delikatnie tylko oświetlały spore pomieszczenie. Przez okna jasne promienie księżyca wkraczały powoli i mozolnie do lokum. Wyglądało to wszystko strasznie a zarazem przytulnie. Ośrodek zdrowia kojarzył mi się z dobrym miejscem, tam są lekarze i siostry pielęgniarki. Nic złego nie mogło mi się w tym miejscu wydarzyć. Zadecydowałam na wszelki wypadek zagłębić się w budynek i nie stać przy drzwiach. Zgodnie z postanowieniem oddaliłam się od drzwi wejściowych, które teraz wyglądały jeszcze masywniej. Przechadzałam się pomieszczeniami, w niektórych z nich mrok przysłaniał mi oczy i szłam wolniej. Usłyszałam jakiś dźwięk z oddali. To drzwi! Pomyślałam i wpadłam w panikę. To on! Nie chcąc dalej wsłuchiwać się w jakieś dźwięki i swoje paniczne myśli poszłam dalej z większą ostrożnością. Wchodząc do kolejnych pokoi modliłam się tylko żeby go tam nie zastać. On również jest w tym budynku, wiedziałam o tym, to intuicja. Bo kto mógłby o tej porze przychodzić do ośrodka? Weszłam do pokoju i było w nim trochę jaśniej niż w poprzednich. Na stoliku stała lampka, która się jarzyła, dawała oświetlenie temu miejscu. Schowałam się za komodą. Wsłuchiwałam się we własne bicie serca. Wytężyłam słuch i nasłuchiwałam obcych dźwięków. Jest! Dochodzi od strony drzwi. To musi być on. Bałam się okropnie, w całym budynku była cisza, a ja słyszałam te kroki, te bicie serca, oddech…

niedziela, 5 sierpnia 2012

"Zamazana historia" rozdz. I


Ta opowieść ma zaczątek z mojego snu. 5 rozdziałów jest na podstawie marzenia sennego, zaś reszta to dalsza ich część, ale wymyślona.
Opowiadanie liczy 19 rozdziałów, lecz nie są one długie. Będę je umieszczała, co jakiś czas, a tą chwilą zapraszam Was do oceniania i oczywiście do czytania :)


"Zamazana historia"


I

      Szłam uliczką wzdłuż Domu Kultury i Nauki. Ściemniało się, a budynki były całe szare, nawet nie dało się dostrzec w nich odrobiny kolorów, żadnych świateł. Stąpałam po kostce brukowanej a powietrze było ciepłe. Nagle zauważyłam, że ktoś idzie z dołu, to był mój znajomy Sebastian z równorzędnej klasy. Był wyższy ode mnie, mierzył około 180 cm, był blondynem krótko ściętym. Również w jego sylwetce tkwiła ponętność. Miał na sobie krótką koszulkę i długie spodnie, nie przyglądałam się nazbyt jego ubraniu. Wkrótce przywitał się ze mną:
-Cześć.- Powiedział normalnym tonem.
-Hej.- Odpowiedziałam.
      Przyglądaliśmy się sobie w niepewności, lecz niedługo tę chwilę przerwała osoba, która nadeszła zza rogu od góry. To Dominika, widziałam ją mimo tego, że szarówka zawisła w powietrzu. Miała na sobie ładną krótką sukienkę, która pod biustem była związywana kokardą z tyłu, z czym uwydatniała jej ładne ciało. Na dole się rozszerzała, a była kolorów czarnych i beżowych. Widziałam również, że ubrała buty na obcasie, w ręku trzymała jakąś teczkę. W jej twarzy nie dostrzegłam żadnych emocji. Rzuciła mi teczkę i krzyknęła:
-Wirga, łap. Nie pozwól żeby Seba ją miał!
      Nie wiedziałam o co chodzi, co się dzieje. Na ziemi porozsypywane były jakieś papiery, widziałam ich biel w półmroku. Wszystko działo się tak szybko, ale ocknęłam się i wiedziałam, że to poważna sprawa, nie wiem skąd, ale wiedziałam. Odwróciłam się w stronę nadal stojącego Sebastiana, poczym szybko zwróciłam wzrok ku Dominice. Moje serce biło mocniej i szybciej niż zwykle.
-Uciekaj, no dlaczego tak stoisz?!- Krzyczałam.
      Wtedy Sebastian skoczył ku mnie ze zwinnością a zarazem z ciężarem ogromnym. Jego ręce spoczęły mocno na mojej szyi. Nie mogłam złapać oddechu, dusił mnie. Jego nadgarstki zaciskały się jeszcze mocniej, patrzałam przed siebie i tarmosiłam się w jego uścisku. Chciałam się uwolnić, przed oczyma miałam wizję siebie martwej. Zainicjowało to we mnie większą desperację. Do mych płuc nie docierał tlen. Walka o przeżycie wzmocniła się a wtedy cudem udało mi się wydostać z jego rąk.

sobota, 23 czerwca 2012

Bezgraniczna miłość małżeńska...

Kolejny wpis, ale tym razem o miłości małżeńskiej w formie opowiadania-wypracowania. Pisałam to na polski, ale tak dzieje się na prawdę na świecie. Długie trochę, ale mam nadzieję, że nie zniechęci was to. Jak przeczytacie będziecie mogli się wypowiedzieć i zaprzeczyć mojemu zdaniu lub też je potwierdzić ;) zachęcam. A mówię, czyta się szybko.

Miłej lektury :)

"Bezgraniczna miłość małżeńska"


                       Mam mały zbiorek różnych wypracowań oraz wierszy. Są o różnej tematyce, różniej długości oraz klimacie. Każdy ma swoje jakieś fascynacje i zainteresowania. Ja piszę, bo lubię. Wiersze to taka odskocznia od świata, od tego życia, które nie zawsze jest „fair”. Przelewam na kartkę swoje emocje, uczucia, których czasem nie potrafię wyrazić uczynkami, niektórych nie powinno się wcale ukazywać. Złość, gniew, miłość, smutek znajdują się w mych wierszach. Przywiązujemy się do różnych rzeczy, przedmiotów, do ludzi zaś, pewnie każdy to potwierdzi- najbardziej. Człowiek to istota, która żyje, odczuwa wszystko, ma pragnienia, marzenia, do których spełnienia dąży. To, co chciałabym Wam przedstawić, to wydarzenie, które zapewne w niejednej osobie utkwiło głęboko. Z początku nawet nie myślałam, że uwiecznię to na papierze czy na jakiejkolwiek innej formie zapisu. Opisałam to po jakimś czasie, gdy przemyślałam wszystko, co się naprawdę wydarzyło.

                 Kiedyś, gdy byłam jeszcze młodsza mieszkałam w niewielkim miasteczku, w prawdzie można nazwać to wsią. Okolica była ładna, rosło dużo drzew. Pamiętam, że wiosną było najpiękniej. Wszystko zieleniało, budziło się po zimie. Kwiaty pięknie kwitły. Spokoju nigdy nie brakowało a zgiełk nie miał miejsca w ogóle. Topniał śnieg, ptaki zaczynały wesoło śpiewać. Słońce zaczynało mocniej przygrzewać, na dworze robiło się cieplej, a dni zaczynały się wydłużać. Codziennie było widać jak trawa się zieleniła, a na drzewach rozwijały się liście. Rolnicy w tym czasie rozpoczynali już pierwsze prace wiosenne. 


              Podczas wiosny często chodziłam na spacery. Każdy miał dużą chęć by pospacerować na świeżym powietrzu i poobserwować przyrodę. Codziennie rano chodziłam z psem na dwór i przypatrywałam się, co nieco, młodemu małżeństwu, które mieszkało obok. Każdego ranka w wiosnę jedli na tarasie śniadanie. Zawsze byli uśmiechnięci. Po śniadaniu każdy zajmował się swoimi obowiązkami. Młoda kobieta szła do pracy a z zawodu była naczelną poczty. Jej mąż zaś pracował jako strażak. Bywały przypadki, że nie zjadł śniadania, gdyż alarm się włączył i musiał szybko jechać na miejsce pożaru. Żona bała się o niego podczas każdego wezwania, modliła się o to by wrócił z „akcji” cały i zdrowy. Kobieta kończyła pracę o 16 i wracała do domu autobusem. Oboje byli bardzo mili. Podczas wiosny wyjeżdżali na różne wycieczki, lecz nie dłuższe niż trzy dni. Podróżowali tylko wtedy, gdy mięli oboje urlop, a nie zdarzało się to często, gdyż mężczyzna jako strażak nie mógł prosić w każdej chwili o wolne. Pan wychodził z kolegami na miasto a kobieta umawiała się z koleżankami na spacer, pogawędki itp. Spotykali się ze znajomymi. Czasem organizowali różne przyjęcia, które trwały do późnej nocy, lecz nikomu to raczej nie przeszkadzało, gdyż mieszkali oni w domku jednorodzinnym i starali się zachowywać cicho i odpowiednio. Na ogół mieszkali spokojnie, chociaż od czasu do czasu lubili się rozerwać i pobawić. Młode małżeństwo, więc nie było się, co im dziwić. Sąsiedzi nie skarżyli się na nich i lubili ich. Ja także polubiłam młodych sąsiadów.

             Podczas lata w wakacje, przeważnie bywałam w domu także też wiedziałam jak żyją w czasie cieplutkiego lata.
Jak zawsze kobieta wychodziła rano do pracy, zdarzało się, że wracała wcześniej bo na poczcie nie było bardzo dużo pracy. Starali się oboje wziąć urlop, gdyż miło było wyjechać gdzieś na wakacje, lecz nie zawsze udawało się ze sprawą urlopu. Jak kobieta dostała wolne to mężczyzna nie i na odwrót. Podczas, gdy wszystko było kolorowe, słońce świeciło promieniami, które napełniały człowieka pozytywną energią. Kiedy lasy były zielone a łąki pełne złotych kłosów. Kiedy niebo robiło się bezchmurne i każdy czuł się beztrosko. Tak jakby nie było żadnych problemów. Młode małżeństwo chodziło na spacery. Odwiedzali również pobliskie jezioro. I ja tam bywałam często. W upalne dni zawsze fajnie było się zanurzyć w chłodnej wodzie i poopalać na słońcu. Czasami też porozmawiałam z panią, pośmiałyśmy się, było wesoło. Miała też czas by ze mną jeździć od czasu do czasu za zakupy by pomóc mi wybrać ubrania. W lato zapraszali nas na obiad. Przyjemnie się jadło na świeżym powietrzu, pośród róż, które wiły się wokół ogrodzenia tarasu. 



                 Gdy nadeszła jesień, owocująca w barwne liście i kasztany. Kiedy można było zaobserwować jak ptaki odlatywały do ciepłych krajów, a zwierzęta gromadziły zapasy. Liście na drzewach przybierały pięknych kolorów. Woda w stawach, jeziorach i w rzekach nabierała szarego koloru. Dni robiły się coraz krótsze, bardzo często deszczowe lub pochmurne, pan zemdlał. Kobieta się zmartwiła, zaczęła go oklepywać po twarzy. Po jakimś czasie mężczyzna ocknął się, a żona go uściskała. Wytłumaczył jej, że to pewnie zmęczenie, lub nawdychał się zbyt dużo dymu. Uspokoił kobietę i przez pewien okres czasu nic się nie działo niepokojącego. Mężczyzna nie mdlał, nie czuł się słabo, lecz po kilku tygodniach działo się z nim coś niedobrego. Wymiotował, lecz w ukryciu przez swą żoną. Miał kłopoty z oddychaniem, lecz tłumaczył, że to pewnie uczulenie na kurz i pyłki kwiatów. Krwawił czasem z nosa i miewał zawroty głowy. Zdarzało mu się, że podczas czytania gazety nagle zemdlał. Wszystko to starał się ukrywać przed panią i najwidoczniej udawało mu się to.
                
                    Widziałam ich jak chodzili po dworze. Gdy wszyscy uciekali do domów, kiedy zaczął padać deszcz, oni zostawali, nie przejmowali się. Bawili się jak dzieci, byli tacy w sobie zakochani. Miło było patrzeć na taką idealną parę.

            Pewnego dnia, gdy nie padał deszcz siedziałam przed laptopem. Z domu sąsiadów zaczął się ulatniać dym, nie wiedziałam, o co chodzi. Myślałam, że może pani przypaliła jakąś pieczeń, lecz dym był coraz większy. Poszłam po mamę i powiedziałam, co się dzieje w domku na przeciwko. Mama podeszła ze mną do okna, a na zewnątrz nikt się nie pojawiał. Zadzwoniłyśmy na straż pożarną. Z domku nadal nikt nie wychodził. Zaniepokoiłyśmy się, gdy nagle zobaczyłyśmy, że w stronę domu biegnie pan, ubrany jeszcze w strój strażacki. Zaskoczone byłyśmy, gdyż straż nie mogła tak szybko przyjechać, domyśliłyśmy się, że mężczyzna właśnie wracał z pracy. Wszedł do pomieszczenia, z którego wydobywał się szary i gęsty dym. Przez jakiś czas nikt się nie pojawiał, pan nie wychodził z budynku. Wtedy przekonałam się, że nie jest to błaha sytuacja. Razem z mamą nie wiedziałyśmy, co zrobić. Stałyśmy w bezruchu mając nadzieję, że wszystko będzie dobrze. Po kilku minutach mogłyśmy odetchnąć z ulgą, gdy pan trzymając na rękach nieprzytomną panią wyszedł z budynku. Położył ją na ziemię i próbował doprowadzić panią do przytomności. Podczas tego wszystkiego zjawiła się już straż i weszła do budynku by stłumić dym i ugasić ogień. Gdy „akcja” się toczyła pan nagle stracił przytomność i oboje leżeli nieprzytomni.
 


                Rok później… pani od tamtej pory sama chodziła na spacery, nie spotykała się tak często z przyjaciółmi, prawie w ogóle. W zimę, gdy na dworze było mroźno, w domu przy kominku można było patrzeć godzinami w okno na lecące i delikatnie spadające płatki śniegu. Rzeki były śliczne, zostały pokryte grubą warstwą lodu i śniegu. Drzewa pokryła biała kołderka a na śniegu było widać ślady różnych zwierząt, kobieta całkiem posmutniała, tak jakby straciła chęć do życia. Zmarniała, nie malowała się już w ogóle. Była sama, nawet nie przychodziła już do nas w odwiedziny oraz nie zapraszała nikogo. Izolowała się, lecz czasem, gdy widywaliśmy ją w sklepie uśmiechała się. Wydawało mi się, że to tylko dla pozoru był ten uśmiech, żeby nie zwrócić na siebie uwagi, lecz każdy wiedział, że pani była w „dołku”. Przez dłuższy czas nikt nie widywał kobiety. Zaniepokoiłam się i poszłam odwiedzić panią. Zapukałam, ale nikt nie otworzył. Za chwilę zadzwoniłam do drzwi, nadal czekałam, lecz nikt nie otwierał. Chwyciłam klamkę i drzwi się otworzyły. Weszłam do środka, w pomieszczeniu jakoś dziwnie śmierdziało, spytałam czy ktoś jest w środku. Nikt nie odpowiedział. Powoli szłam dalej, weszłam do jednego pokoju i zobaczyłam tylko meble, talerz niezmyty na stoliku, a okna były zasłonięte, lecz nikogo nie było, pokój był pusty. Szłam przedpokojem, zajrzałam do drugiego pokoju, lecz nadal pusto. Nie wiedziałam, co się stało, że brak wszelkiego życia. Lekko stąpałam po dywaniku prowadzącym do sypialni małżeństwa. Drzwi były lekko uchylone a nieprzyjemny zapach był coraz mocniejszy. Delikatnie otworzyłam drzwi a mym oczom ukazał się „trup”. Serce nagle zaczęło mi łomotać. To była pani. Wisiała na sznurze, który oplatał jej szyję. Widok był drastyczny. Jej twarz wyglądała jak lico upiora. Włosy lekko leciały jej na czoło. Kolor skóry był blady i siny. Twarz była koścista, tak samo jak i całe ciało. Z nosa wychodziły małe, białe larwy, jak i również z różnych części ciała. Ciało zaczynało gnić, dlatego ulatniał się taki ostry smród. Kobieta była ubrana w białą do kolan jakby sukienkę, lecz była to bardzo prosta sukienka, bez żadnych ozdób. Cała wyglądała jak duch, lub zjawa z horrorów. Był to dla mnie koszmar, horror w rzeczywistości. Spanikowałam i szybko wybiegłam z krzykiem i płaczem. Pobiegłam do domu i nie wiedziałam, co zrobić, lecz mama spytała, o co chodzi. Byłam w szoku…

                                  Po paru miesiącach ludzie, którzy zajmowali się tą sprawą, powiedzieli najbliższym sąsiadom, czyli nam, dlaczego to wszystko się tak potoczyło. Okazało się, że śmierć pana nie nastąpiłaby gdyby nie poszedł w tamten jesienny dzień do zadymionego domu po swoją żonę. Okłamywał ją cały czas dla jej dobra. Nie powiedział swojej żonie o chorobie. Nie chciał, by się martwiła o jego zdrowie. Przez cały czas nie wiedziała o niej. Był bardzo chory, lecz mógł żyć, lecz bez większych wysiłków. Nie mógł wdychać dużo dymu, gdyż praca strażaka uszkodziła mu płuca. Wchodząc do tamtego domu wiedział, że umrze, poświęcił się dla swojej ukochanej. Jego miłość do niej była bezgraniczna. Kobieta wtedy usnęła i zapomniała wyłączyć żelazka i podpaliło się prześcieradło i inne rzeczy znajdujące się w pobliżu. Uratował ją za cenę własnego życia. Mógł żyć, lecz za bardzo kochał żonę, by pozwolić jej umrzeć. Poświęcił się, zachował się bardzo honorowo i mężnie. Postąpił tak jak kazało mu serce. Mężczyzna pozostawił parę dni przed tą sytuacją list, adresowany do pani, który ona dopiero odnalazła tamtego dnia, tego przykrego i drastycznego dnia, którego popełniła samobójstwo. Zbyt dużo bólu i przykrości było w jej sercu. Nie mogła już żyć bez swojego ukochanego…

                             Po kilku miesiącach, nawet już kilka dni po tym wydarzeniu brakowało nam tej wspaniałej pary. Zadawaliśmy tylko sobie pytania, czemu oni? Czemu nie żyją? Dlaczego Bóg tak chciał?! Trudno było w to uwierzyć, że tak pozytywna osoba mogła zrobić taką rzecz. Było to bardzo przykre. Czemu na świecie dzieją się takie sytuacje? Gdy nie było już małżeństwa zrobiło się pusto, pozostał tylko opustoszały dom. Jeszcze większa cisza i spokój nastał. Nie miałam, z kim jeździć na zakupy, brakowało mi czasem rozmowy z panią, która mnie tak rozumiała. Uważałam ją za przyjaciółkę. Pana też bardzo lubiłam, miał poczucie humoru i potrafił mnie zawsze pocieszyć, gdy byłam smutna. Teraz ich brakuje, chociaż nie byli naszą rodziną, czułam, że do niej należeli. Nic po nich nie pozostało, jedynie wspomnienie.


Wydarzenie, które opisałam, a poniekąd życie pewnej pary małżonków, świadczy o tym, że miłość bezgraniczna, bardzo silna, bez względu na wszystko istnieje na świecie. Zdarza się rzadko, lecz występuje. To naprawdę wielki szacunek dla ludzi, którzy oddaliby życie za drugą osobę. Miłość małżeńska czy miłość między rodzicami i dziećmi i rodziną są bardzo ważne. Bez niej świat poniekąd nie miałby sensu, gdyż dla wielu ludzi właśnie sensem życia jest miłość, lecz trzeba ją pielęgnować. Chciałabym również ukazać wam mój wiersz, który częściowo nawiązuje do tematu wypracowania. 

„Z miłości”

Krzyczę!
Na popielatych ścianach krew rozmazana,
choć oczy patrzeć nie chcą, widzą.
Leżysz tam sam w rubinowej mazi,
z ramion Twych tryska gorąca ciecz,
 wampirze pragnienia zaspakajająca.
Z oczu łzy płyną,
mieszają się ze stygnącą powoli czerwienią.
Dłonie zimne i marmurowe.
Klęczę…
na mych dłoniach krew Twa,
coraz więcej jej…
Ciało bezkrwiste, nieruchome.
W tej chwili zrozumiałam… 
Chwytam nóż,
lekki zamach,
krew…
nie ta sama kapie z dłoni mych.
I tenże ból…
nie ten sam,
 nie równy przeżyciom Twym.
Podłoga cała w ludzkiej,
 krwawej farbie,
my leżymy martwi
 pozbawieni życia
a ona wciąż krzepnie…
po dziś dzień i nikt o tym nie wie.



Wiersz ukazuje miłość jednej osoby do drugiej. Być może to miłość „trująca”, gdyż była nieodwzajemniona na pierwszy rzut oka i z tego powodu osoba w wierszu popełniła samobójstwo. Dziewczyna, w której się zakochał chłopak również poszła w jego ślad i postanowiła zrobić to samo i także też to uczyniła. Ludzie ze słabą psychiką decydują się na ten drastyczny krok. Nie wiedzą, że pokochają inną osobę i, że ułoży im się z kimś innym. Myślami są tylko przy jednej osobie. 


Miłość małżeńska jest ważna, lecz dużo małżeństw się rozwodzi. A co zakochani sobie przyrzekają przed ołtarzem? Nie dotrzymują tego, nie są sobie wierni, nie są ze sobą w chorobie ani do śmierci. Takie małżeństwa jak w powyższym tekście się zdarzają bardzo, a to bardzo rzadko. Trzymajmy kciuki, za małżeństwa by były przykładem dla innych, by były wyjątkowe jak w tym poście.



Wierzycie w miłość bezgraniczną?
Może trwacie w takiej? :)



sobota, 9 czerwca 2012

"Dzięki temu moje życie ma sens"


Pisałam to około 2 lata temu, ale myślę, że warto to tutaj zamieścić.


       Na początku w kilku zdaniach napiszę, czym jest sens życia. Wprowadzi to do ogólnego sensu tego tematu.
Sens życia- istota i cel ludzkiej egzystencji, jest to powołanie człowieka. To, co uzasadnia trud życia i czyni je wartym przeżycia. Pytanie o sens życia jest podstawowym zagadnieniem filozofii i religii, a odpowiedź na nie, zawiera całą mądrość ludzkości.

      Nieokreślony jest sens życia ludzkiego. Dla niektórych ludzi, sensem życia jest osiągnięcie szczytu sławy, duża ilość pieniędzy. Jeszcze dla innych, sensem życia jest realizacja najważniejszych kwalifikacji-rozumu i cnoty. Stawanie się mądrzejszym i doskonalenie się moralnie i duchowo. Gromadzenie dobrych przeżyć i doświadczeń, które są wartościowe. Inni zaś uważają, że ich sensem życia jest porozumienie się z Bogiem. Kontakt duchowy z nim.
        Poniżej zostało przeze mnie napisane opowiadanie, które obrazuje pojęcie „ Sens życia”



       Pewnego razu żył sobie dobry, miły, wesoły i uprzejmy chłopiec o imieniu Teofil. Pochodził on z biednej rodziny. Jego ojciec Juliusz Howard był kamieniarzem i ciężko pracował na rodzinę. Zaś jego matka Teresa Howard nie pracowała, ponieważ zajmowała się pozostałą piątką dzieci. Dzieciństwo Teofila nie było jak z bajki. Był on najstarszy z rodzeństwa, więc pomagał matce zajmować się domem. Zdarzało się również, że pomagał ojcu przy żmudnej i niebezpiecznej pracy. Chłopak był umięśniony, wysportowany, śmieszny, zdolny, zaradny i rozumny. Jego sylwetka była smukła, oczy miał koloru pięknego błękitu. Cerę miał rumianą. Ciemne kosmyki włosów spadały mu na wysokie czoło. Miał zarówno niezwykłe poczucie humoru jak i potrafił się zachować z powagą. Starał się myśleć rozważnie, lecz zdarzało mu się postąpić lekkomyślnie. Pochodził z Południowej Ameryki z miasta La Paz. Drewniany dom, w którym mieszkał znajdował się na polanie blisko małej rzeczki. Chłopiec lubił przesiadywać nad nią. Wśród przyjaciół był nazywany jako „Śmiech”. Potrafił każdego rozweselić. Miał różne zwariowane pomysły, które każdego doprowadzały do śmiechu.
                          Teofil mając 17 lat został opuszczony przez ojca, którego zabrała „Biała Pani”. Chłopak chodził przygnębiony. Zamknął się w sobie. Nie rozmawiał z nikim o swoich żalach, przykrościach. Po długotrwałym czasie pogodził się z tym, co się stało. Teofil niedługo potem zakochał się w dziewczynie o imieniu Helen, która odwzajemniła jego uczucia. Dziewczyna była niebiańskiej urody, oczy jej były brązowe. Wzrok jej był pełny ciepła i wyrozumiałości. Włosy jasne i bardzo długie. Usta były mocno różowe i pełne. Sylwetka jej zwiewna i delikatna. Helen poruszała się z lekkością. Teofil i dziewczyna rozmawiali ze sobą o wszystkim. Chodzili na długie spacery. Pewnego wieczoru Helen i Teofil byli na spacerze w lesie. Szli krętą ścieżką trzymając się za ręce, gdy usłyszeli nagle jakiś szelest a po chwili ryk. Domyślali się, że za nimi jest coś przerażającego. Bojąc się spojrzeć, co za nimi czyha, złapali się mocniej za dłonie. Rozumieli się bez słów. Spojrzenia ich wskazywały, na to, że myślą o tym samym. Z pełnym zdecydowaniem, przestraszeni odwrócili się i zobaczyli ogromnego niedźwiedzia. Ich obawy spełniły się. Zachowując oboje zimną krew, powolnym, drżącym krokiem cofali się, lecz zwierze zaczęło podchodzić coraz bliżej z zębami na wierzchu i długimi pazurami. Para zrozumiała, że zwierze w każdej chwili może rzucić się na nich i grozi im śmierć.
Zaczęli biec przed siebie a bestia, pragnąca wgryźć się w gardło uciekających, ruszyła za nimi. Uciekając myśleli tylko o tym, aby przeżyć. Bestia wciąż była za nimi. Zmęczeni długotrwałą ucieczką nie poddawali się, choć byli już u końca swych sił. Nogi niosły ich gdzie wolna droga, nie zważając na nieznaną im ścieżkę. Zwierze zniechęcone dalszą pogonią wycofało się. Para mogła złapać oddech i w końcu odpocząć. Byli oszołomieni zaistniałą sytuacją, lecz byli zadowoleni, że ich pora jeszcze nie nadeszła. Było już ciemno nie wiedząc gdzie się znajdują pragnęli jak najszybciej znaleźć jakieś schronienie. Poszukując odpowiedniego miejsca natrafili na opuszczoną chatę. Wchodząc do niej czuli nagły spokój, który ich ogarnął. Spoglądając na siebie, Helen podeszła bliżej Teofila chcąc coś mu powiedzieć, lecz on lekko przyłożył dłoń do jej ust. Zrozumiała, że Teofil chce jej coś ważnego wyznać. Patrząc sobie prosto w oczy, mężczyzna trzymał wybrankę za rękę. Nie zwlekając dłużej, Teofil oznajmił, że bardzo kocha Helen i bez żadnego namysłu oświadczył się jej. Helen pełna radości zgodziła się. Idąc spać zbliżyli się do siebie. Ranek nastał i wrócili do domu. Minęło pięć lat… odkąd spotkała ich przygoda w lesie. Teofil wraz z swą małżonką Helen mieli dwójkę dzieci, które bardzo kochali. Żyli w domku nad jeziorem, wokół, którego rosły drzewa. Życie Teofila odmieniło się od czasu narodzin dzieci. Był wesoły każdego dnia. Bawił się razem z synami w różne zabawy. Opowiadał o przygodzie, która spotkała jego i ich mamę dawno temu. Żył pełnią życia. Cieszył się, że ma wspaniałą rodzinę. Żył wraz ze swoją matką. Wszyscy chodzili na spacery. Babcia opowiadała ciekawe rzeczy ze swego dzieciństwa. Teofil rozmawiał ze swoją mamą o wszystkim, zwierzał się ze smutków i przeżyć. Jego całe życie to matka, żona i potomstwo. Wszyscy razem żyli w harmonii. Pewnego dnia mężczyźnie los odebrał ostatniego rodzica. Jedyną matkę, za którą oddał by swe życie, którą kochał, lecz nie zawsze to jej okazywał. Której mógł się ze wszystkiego zwierzać, mógł jej ufać tak jak ona jemu. Matka, która kochała swego syna, wychowała go, odeszła na zawsze. Teofil po kolejnym ciosie zadanym przez życie, obwiniał się o śmierć matki. Nie mógł sobie wybaczyć, ze nie zawsze mógł być przy matce, że nie kochał jej jak możliwie najmocniej. Był załamany. Nie jadł, nie pił, nie spał. Był już blisko swego kresu, gdy nagle zrozumiał, że ma przecież, dla kogo żyć. Jego sensem życia jest kochająca żona i dzieci. Przeżył tyle lat, tak wiele wspaniałych chwil, wzlotów, upadków, sukcesów i powodzeń żeby to wszystko zaprzepaścić? Niemal stracił sam życie we wczesnym wieku, lecz przeżył i dzięki temu ma wspaniałą rodzinę. Miałby zabrać dzieciom ojca? Żonę zostawić samą wśród tego niesprawiedliwego świata? Ma jeszcze tyle marzeń do spełnienia. Przemyślając to wszystko napisał wiersz pt.: „Marzenia” 

Przypłyną z oceanów i mórz niebieskich.
Promienie słońca odbijać się będą o wodę,
tworząc magiczną atmosferę wśród wzburzonych,
 spienionych fal
a one płyną dalej.
Przylecą z najdalszych zakątków świata.
Po niebie błękitnym,
 niebiańską lekkością przylecą z nikąd.
Ze snów mych się wydostaną i przywędrują.
Przyjdą pieszo z nieznanych dotąd miejsc.
Po nizinach biegać będą,
pokonają najwyższe góry.
Błądzić będą po wyżynach,
 lecz nie zejdą na manowce.
Niestraszne im chłody niepojęte,
ani zimno im doskwierać nie będzie.
Zima przeszkodą nie będzie.
Nie ustraszą się gorąca,
ani niesamowitych upałów.
Lato gorące to dla nich nie problem.
Wiatr mocno dmuchający,
to błahostka.
Deszcze wielkie, nieposkromione,
nie kłopotem dla nich.
Nie straszna im żadna pogoda,
ani sprzeczności losu.
Wędrować tak będą dniami i nocami,
o wschodach i zachodach słońca.
Zatrzymywać się nie będą.
Te małe i te duże,
ważne i mniej istotne.
Wesołe jak i też poważne i pełne smutku.
Prawe i troszkę grzeszne.
Marzenia do mnie przyjdą boso,
 przylecą priorytetowo.
Przypłyną z niesłychaną łatwością
i wszystkie one się spełnią. *



Dla wszystkich chwil wspaniałych i nawet tych smutnych, dla marzeń, o które warto walczyć, miejsc, które jeszcze nie zostały odkryte, radości płynącej z życia nie zamierza zrobić kroku w stronę świata umarłych. Nie wybaczyłby sobie po śmierci tego, że opuścił świat, żonę i dzieci. Przecież ma swe własne życie, które nie kończy się tylko na rodzicach. Przez niego ucierpiałyby dzieci i żona. Być może po jego samobójstwie, jego żona postąpiłaby tak samo. Wiersz napisany przez niego podniósł go na duchu i wsparł. Wrócił do dawnego spokojnego, pełnego uroku, radosnego życia.
                 Moim sensem życia tak jak w przypadku fikcyjnego bohatera powyższego opowiadania jest rodzina i marzenia. Moje życie nie opiera się jedynie na osiągnięciu wielkiej ilości pieniędzy czy też osiągnięciu szczytu kariery w przyszłości. Często, gdy byłam smutna i żal mnie ściskał zadawałam sobie pytanie:, „Czemu ja żyję i jestem na tym świecie? Równie dobrze mogłabym nie żyć i dobrze byłoby. Moje życie nie ma konkretnego sensu, więc, po co żyć, jeśli nie wie się, po co? Jaki to ma sens? Osiągnę coś, na co pracowałam całe swe życie, starałam się, dawałam z siebie jak możliwie najwięcej, lecz i tak umrę. Me cierpienia, smutki, żale, ból, łzy przelane. Czy takie życie ma sens?” Przemyślając jednak to wszystko znalazłam odpowiedź na pytanie tak trudne. Żyję nie tylko dla siebie, lecz dla kogoś. Byłabym samolubna, myśląc tylko o sobie. Przecież gdybym popełniła samobójstwo lub zamordowanoby mnie lub zmarłabym w jakiś inny sposób nie ja cierpiałabym, lecz inni… rodzina, mama, tata i siostra. Żyjąc nie myśli się tylko o sobie, lecz też o innych, którzy cierpieliby z Twojego powodu. Każdy człowiek ma swój sens życia. Musi go tylko odnaleźć i tego chcieć. 


PS. Zmieniło się jedno, chcę jeszcze żyć dla wspaniałego chłopaka.
* mój stary wiersz.



















Co myślicie o tym wszystkim ;D?
Jaki jest wasz sens życia? Czasami tak trudno go znaleźć, czasami go nie mamy :| miałam tak.
Uwierzcie w siebie :)
miłego dnia :)